Irlandzki aktor wypowiedział się o odgrywanej przez niego postaci Mance’a Raydera – byłego członka Nocnej Straży oraz Króla za Murem. Pierwszy odcinek piątego sezonu „Gry o tron” pokazał jedną z wielu zmian w stosunku do książek, które czekają nas w tym roku.

Król za Murem – z początku podobnie jak w „Tańcu ze smokami” – wszedł na stos, by spłonąć po odmowie złożenia przysięgi wierności Stannisowi Baratheonowi. Przerażająca agonia przywódcy dzikich została jednak przerwana przez Jona Snowa, który posłał Rayderowi strzałę prosto w serce, zabijając go i oszczędzając mu cierpień – i jednocześnie odbiegając od wydarzeń z „Pieśni Lodu i Ognia” – jak bowiem wiedzą czytelnicy, losy tej postaci potoczyły się „nieco” inaczej.

Po wydarzeniach z czwartego sezonu, gdy Stannis i Davos przybyli na Mur, wiedziałem, że oznacza to poważne konsekwencje dla mojej postaci. O swoim losie zostałem poinformowany e-mailem przez Dana i Davida. Zaprosili mnie w nim na grilla podczas kręcenia zdjęć do piątego sezonu. O wiele lepszy sposób niż po prostu wysłanie scenariusza.

Aktor wypowiedział się również o tym, jak trudno było przekonać wszystkich widzów, którzy podświadomie doradzaliby mu zachowanie życia i złożenie hołdu Stannisowi:

Musiałem sięgnąć poza zwykły upór. Należało przedstawić zakorzenione głęboko poglądy, których starał się trzymać Mance. Porwał on swoich ludzi do czynu z własnego wyboru i również z własnego wyboru nie chciał się pod koniec ugiąć. Trzymał się swoich ideałów.

Jakie są Wasze odczucia po ostatniej scenie pierwszego odcinka? A może to tylko zasłona dymna, by uwiarygodnić pozorną śmierć Mance’a Raydera?

źródło: ew.com