Autor "Pieśni..." przyznaje, że wzorował się na "Władcy Pierścieni".

W tym tygodniu pierwsza część sagi, czyli „Gra o tron”, dodana została do prestiżowego zestawienia „The Gread American Read” prowadzonego przez amerykańską stację PBS. Z tej okazji George R.R. Martin udzielił serwisowi Gizmodo krótkiego wywiadu, w którym przyznaje, że to właśnie wrażenia z lektury „Władcy Pierścieni” mogły zadecydować o tragicznym losie wielu postaci ze świata „Pieśni Lodu i Ognia”:

Pierwszy raz „Władcę Pierścieni” przeczytałem niedługo po ukończeniu podstawówki. Początek jest bardzo niewinny – mamy istną rozprawę o fajkowym zielu, a potem przyjęcie urodzinowe. A gdzie gigantyczne gady? Gdzie skąpo ubrane kobiety? Nie ma żadnych krwawych walk na miecze, co to ma być?

Później jednak akcja się rozwija. Podróżujemy do Rivendell, napotykamy Czarnych Jeźdźców. Gdy dotarłem do akcji w kopalniach Morii, byłem już przekonany, że to najlepsza książka, jaką kiedykolwiek było mi dane przeczytać. Była to niesamowicie wciągająca lektura. Tolkien przedstawił ten świat tak, jakby pisał książkę historyczną. Miał przygotowane drzewa genealogiczne pokrywające nie setki, ale tysiące lat. Ale jego największą siłą były postacie, które zmagały się z licznymi pokusami związanymi z Pierścieniem i odmiennymi poglądami na to, co z nim zrobić. Prawdziwe bitwy toczyły się w sercach bohaterów.

gand

Następnie Martin przyznał, że największe wrażenie zrobiła na nim śmierć Gandalfa:

I nagle ginie Gandalf! Nie potrafię nawet opisać słowami, w jakim szoku byłem, gdy czytałem to w wieku 13 lat. Gandalf był nietykalny. Conan też nie zginął w powieściach o Conanie, prawda? Tolkien złamał jedną z najświętszych zasad i zawsze będę go za to uwielbiał. Gdy ginie Gandalf, napięcie jest zwiększone po tysiąckroć, ponieważ okazuje się, że nikt nie jest bezpieczny i każdy może zginąć.

I rzecz jasna miało to olbrzymi wpływ na łatwość, z jaką przychodzi mi zabijanie moich postaci!

źródło: gizmodo.com