Zapraszamy do przeczytania wywiadu, który przeprowadziliśmy z Michałem Jakuszewskim, "odpowiedzialnym" za tłumaczenie tomów 2-5 "Pieśni Lodu i Ognia".

Witamy serdecznie. Zacznijmy od przybliżenia naszym czytelnikom pańskiej osoby. W zawodu jest pan radiologiem, a jednak może się pan pochwalić sporą ilością przetłumaczonych książek – i nie mówię tu tylko o „Pieśni Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina, ale również o twórczości Stevena Eriksona, Glena Cooka, C.S. Lewisa i wielu innych autorów. Jak zaczęła się pańska przygoda z zawodowymi tłumaczeniami?

Michał Jakuszewski: Zaczęło się w latach osiemdziesiątych, gdy wiele nowo powstających klubów miłośników fantastyki wydawało własnym sumptem tzw. klubówki. Najczęściej były to tłumaczenia z języka angielskiego, ponieważ w tamtych czasach wydawano u nas bardzo niewiele tłumaczeń zachodniej literatury. Również w łódzkim klubie „Phoenix” znalazło się kilka osób, które chciało się tym zajmować, z inicjatywy Konrada Zielińskiego, który był wówczas prezesem klubu. Byłem jedną z tych osób i tak to poszło. Po zmianie ustroju zaczęło powstawać wiele prywatnych wydawnictw. Często zajmowali się tym ludzie wywodzący się z ruchu fanowskiego, dla których byłem już znaną osobą, więc niektórzy skontaktowali się ze mną.

Jak wygląda praca nad tłumaczeniem „od kuchni”? Z pewnością każde wydawnictwo próbuje narzucić tłumaczowi terminy – a czy w ich ramach pan narzuca pan sobie konkretne „normy do wyrobienia”, czy raczej pracuje wtedy, gdy najdzie pana ochota?

Mam  ściśle określone normy, do których wykonania się zmuszam, bo inaczej po prostu wrodzone lenistwo weźmie górę.

Wróćmy do „Pieśni Lodu i Ognia”. Co jest najtrudniejszym wyzwaniem podczas przekładania książek George’a R.R. Martina?

Myślę, że największą trudnością jest sam fakt, że mamy do czynienia z cyklem, zwłaszcza takim jak ten, gdzie pełno jest zapowiedzi nadchodzących wydarzeń, proroctw itd., a wiele rzeczy wcale nie wygląda tak, jakby się zdawało. Często słowa mają ukryty sens, który wychodzi na jaw dopiero kilka tomów później i po prostu nie sposób tego przewidzieć.

„Pieśń Lodu i Ognia” została niejako przez pana odziedziczona, jako że przygodę z tym cyklem zaczął pan od tomu drugiego. Tłumacz pierwszej odsłony „PLiO” spotkał się ze sporą krytyką i z pewnością  niejedno postanowił pan zmienić. Jak wygląda problem pogodzenia ciągłości tłumaczenia z ewentualnymi poprawkami po poprzednim tłumaczu i koniecznością wprowadzenia własnego stylu?

Rzeczywiście trochę zmieniłem, ale później ukazało się poprawione wydanie „Gry o tron”, w którym wprowadziliśmy wstecznie większość tych zmian. Niestety, robiliśmy to z Jackiem Pniewskim z wydawnictwa Zysk i S-ka trochę po partyzancku, więc niektóre usterki się uchowały.

Czy ocenia Pan język i styl stosowany przez Martina za trudny do przekładu?

Raczej nie. Trudności może sprawiać nazewnictwo i zachowanie spójności, z uwagi na rozmiary cyklu, natomiast styl jest dość prosty.

„Pieśń Lodu i Ognia” jest obecnie jedną z najpopularniejszych serii fantasy, a miliony fanów zawsze z niecierpliwością czekają na kolejny tom. Czy spotkał się pan kiedyś z krytyką swojego tłumaczenia?

Oczywiście. Nigdy nie da się zadowolić wszystkich i tego rodzaju krytyka – czasami uzasadniona, a czasami nie – jest nieodłączną częścią zajęcia tłumacza – zwłaszcza gdy chodzi o tak popularny utwór.

Podobnie jak w niemal każdej książce, również w „PLiO” występuje konieczność przekładu nazw własnych, imion i przydomków oraz gier słownych. Czy ich przekład przebiegał bezproblemowo, czy też występowała konieczność zrezygnowania z niektórych z nich ze względu na ich „nieprzetłumaczalność”?

Niestety, zdarzało mi się pominąć niektóre gry słowne – zwłaszcza te, które odnosiły się do cytatów z poprzednich tomów, ponieważ, jak już wspominałem, po prostu nie sposób przewidzieć wszystkich znaczeń, jakie autor taki jak Martin zechce w dalszych częściach cyklu nadać raz użytym słowom.

Jak wygląda pana współpraca z wydawnictwem oraz osobami zajmującymi się korektą?

Dość zwyczajnie. Redaktorzy czytają tekst, odsyłają swoje uwagi, ja się z nimi zgadzam bądź nie i jakoś dochodzimy do porozumienia.

Co w pana odczuciu stanowi największy problem podczas przekładu z angielskiego na polski? Z jakich pomocy korzysta pan podczas pracy?

To zależy od tekstu. W dzisiejszych czasach oczywiście podstawowymi pomocami są Google i Wikipedia, choć czasem zachodzi potrzeba sprawdzenia w trudniej dostępnych źródłach.

Czy odwiedza pan fanowskie strony poświęcone twórczości Martina, śledzi newsy odnośnie kolejnego tomu, czyta przeróżne teorie?

Tak. Jestem członkiem asoiaf forum Elia Garcii [http://forum.westers.org – przyp. red.] już chyba od piętnastu lat, śledzę też polskie fora, choć na nich wolę się nie wypowiadać.

Czy podczas tłumaczenia „Pieśni Lodu i Ognia” zdarzyło się, że musiał się pan kontaktować z autorem w celu doprecyzowania niektórych niuansów zawartych w tekście oryginalnym, aby ułatwić poprawny przekład?

Tak. Martin odpowiada chętnie, choć na ogół trwa to dość długo, co jest zrozumiałe z uwagi na jego popularność.

Jakie ma pan plany tłumaczeniowe na najbliższy czas, nie licząc oczywiście „Wichrów zimy”?

Właśnie uporałem się z opowiadaniami z antologii „Rogues” pod redakcją Martina i Dozois, w tym również „Rogue Prince” samego Martina, a w kolejce czeka czwarty tom „Dzikich kart”.

Ogląda pan „Grę o tron”?  

Tak.

Jak podsumowałby pan serial?

Myślę, że serial nadal jest niezły. Co prawda odszedł już od oryginału bardzo zdecydowanie, ale w bieżącej sytuacji – twórcy są zmuszeni do adaptacji tekstu, który pozostaje nieukończony – chyba nie dałoby się tego uniknąć.

Co lubi pan robić w czasie wolnym, poza pracą?

Z uwagi na nienormowany czas pracy właściwie nie mam czasu wolnego. Jeżdżę kilka razy do roku na konwenty, staram się czytać jakieś książki i oglądać filmy, ale niestety nie ma tego zbyt wiele.

Dziękuję za rozmowę.