George R. R. Martin udostępnił parę dni temu nowy fragment „Wichrów zimy”, którego bohaterką jest księżniczka Dorne, Arianne Martell. Zapraszamy do lektury w języku polskim!


ARIANNE

arianne II

Wzdłuż całego południowego wybrzeża Przylądka Gniewu wznosiły się podupadłe kamienne strażnice, wzniesione w dawnych czasach, aby ostrzegać o dornijskich rabusiach, którzy postanowili kraść po drugiej stronie morza. Wokół wież wyrosły wioski. Kilka z nich stało się miastami.

„Wędrowiec” zawinął do portu w Miasteczku Łez, gdzie kiedyś ciało Młodego Smoka pozostawało przez trzy dni w czasie jego podróży do domu z Dorne. Sztandary powiewające na grubych, drewnianych murach miejskich nadal przedstawiały jelenia i lwa, symbole króla Tommena, co sugerowało, że przynajmniej tutaj wciąż sięga władza Żelaznego Tronu.

— Trzymajcie języki za zębami — Arianne ostrzegła swoich towarzyszy, gdy wysiadali. — Byłoby najlepiej, gdyby Królewska Przystań nigdy się nie dowiedziała, że tu byliśmy.

Gdyby bunt lorda Conningtona został stłumiony, wiadomość o tym, że Dorne wysłało ją, aby pertraktować z rebeliantem i jego pretendentem, zaszkodziłaby Słonecznej Włóczni. To była kolejna lekcja z tych, które ojciec z trudem jej wpajał: wybieraj stronę z rozwagą i tylko tę, która ma szansę na wygraną.

Nie mieli problemu z zakupem koni, choć kosztowały pięciokrotnie więcej niż przed rokiem.

— Są stare, ale pewne — twierdził stajenny. — Nie znajdziecie lepszych po tej stronie Końca Burzy. Ludzie Gryfa zagarniają wszystkie konie i muły, na jakie się natkną. Woły też. Niektórzy czynią znak na papierze, jeśli poprosisz o zapłatę, ale są tacy, którzy chętnie rozetną ci brzuch i zapłacą ci garścią twoich własnych flaków. Jeśli natkniecie się na takich, nie mielcie ozorami, tylko po prostu oddajcie konie.

Miasto było wystarczająco duże, by znajdowały się w nim trzy gospody, a ich sale wspólne pełne były plotek. Arianne wysłała swoich ludzi do każdej z nich, aby je poznać. W „Złamanej Tarczy” Daemonowi Sandowi powiedziano, że wielki septor na Oporze Ludzi został spalony i splądrowany przez morskich najeźdźców, a sto młodych nowicjuszek i nowicjuszy z Domu Matki na Wyspie Dziewic uprowadzono w niewolę. W „Pomyleńcu” Joss Hood dowiedział się, że pół setki mężczyzn i chłopców z Miasteczka Łez wyruszyło na północ, aby dołączyć do Jona Conningtona w Gnieździe Gryfów, w tym młody ser Addam, syn i następca starego lorda Whiteheada. A w odpowiednio nazwanym „Pijanym Dornijczyku”, Piórko usłyszał mężczyzn szepczących, że Gryf uśmiercił brata Rudego Ronneta i zgwałcił jego dziewiczą siostrę. O samym Ronnecie mówiono, że śpieszył na południe, by pomścić śmierć brata i hańbę siostry.

Tej nocy Arianne wysyłała pierwszego z jej kruków z powrotem do Dorne, raportując ojcu o wszystkim, co widzieli i słyszeli. Następnego ranka jej drużyna wyruszyła do Mglistego Lasu, gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca ślizgały się po spiczastych dachach i krętych uliczkach Miasteczka Łez. Przed południem zaczął padać lekki deszcz, gdy podążali na północ przez krainę zielonych pól i małych wiosek. Jak dotąd nie widzieli żadnych oznak walki, ale wszyscy inni podróżujący wzdłuż koleinowej drogi wydawali się zmierzać w przeciwnym kierunku, a kobiety w wioskach patrzyły na nich uważnym wzrokiem i trzymały swoje dzieci blisko. Dalej na północ pola ustąpiły wzgórzom i gęstym zagajnikom starego lasu, droga skurczyła się do ścieżki, a wioski stały się rzadsze.

Zmierzch znalazł ich na skraju deszczowego lasu, mokrego, zielonego świata, gdzie potoki i rzeki biegły przez ciemny las, a grunt składał się z błota i butwiejących liści. Ogromne wierzby rosły wzdłuż cieków wodnych, większe niż wszystkie, które Arianne kiedykolwiek widziała, a ich wielkie pnie, sękate i pokręcone jak twarz starca, zdobiły brody srebrzystego mchu. Drzewa naciskały z każdej strony, odcinając słońce; trujący bluszcz i czerwone cedry, białe dęby, żołnierskie sosny, które stały wysoko i prosto jak wieże, kolosalne drzewa strażnicze, wielkolistne klony, sekwoje, robadrzewie, nawet tu i tam dzikie czardrzewa. Pod ich splątanymi gałęziami paprocie i kwiaty rosły w obfitości; paprotniki zbrojne, wietlice samicze, dzwonki i koronka kobziarza, gwiazdy wieczorne i trujące pocałunki, przylaszczka, miodunka, rogatek sztywny. Grzyby wyrastały wśród korzeni drzew, jak również z ich pni, jak blade, kropkowane dłonie łapiące deszcz. Inne drzewa były porośnięte mchem, zielonym, szarym lub czerwonym, a z rzadka też o żywym odcieniu fioletu. Porosty pokrywały każdy kamień i głaz. Muchomory ropiały wśród gnijących kłód. Samo powietrze wydawało się zielone.

Arianne kiedyś usłyszała jej ojca i maestra Caleotte spierających się z septonem o to, dlaczego północne i południowe wybrzeże Morza Dornijskiego są tak od siebie różne. Septon myślał, że to ze względu na Durrana Smutek Bogów, pierwszego króla burzy, który ukradł córkę boga morza i bogini wiatru, zdobywając tym samym ich wieczną wrogość. Książę Doran i maester skłaniali się bardziej ku wiatru i wodzie, i mówili o tym, jak wielkie sztormy, które tworzą się na Morzu Letnim, zbierają wilgoć, wędrując na północ, aż uderzą w Przylądek Gniewu. Przypomniała sobie, jak jej ojciec mówił, że z jakiegoś dziwnego powodu burze nigdy nie wydawały się uderzać w Dorne.

— Wiem, czemu tak twierdzisz — odpowiedział septon. — Żaden Dornijczyk nigdy nie ukradł córki dwóm bogom.

Wędrówka była tu znacznie wolniejsza niż w Dorne. Zamiast odpowiednich dróg, jechali przez nierówne ścieżki wśród chaszczy, które wiły się tu i ówdzie poprzez szczeliny w ogromnych, pokrytych mchem głazach i przez głębokie wąwozy pełne krzaczków jeżyn. Czasami ścieżka urywała się, całkowicie pogrążając się w torfowiskach lub znikając wśród paproci, zmuszając Arianne i jej towarzyszy do znalezienia własnej drogi pośród cichych drzew. Deszcz wciąż padał, miękko i miarowo. Otaczał ich dźwięk wilgoci spływającej z liści, a mniej więcej co milę muzyka kolejnego małego wodospadu przyzywała ich do siebie.

Las był również pełen jaskiń. Pierwszej nocy schronili się w jednej z nich, aby uwolnić się od opadów. W Dorne często podróżowali po zmroku, gdy księżyc srebrzył wędrujące piaski, ale deszczowy las był zbyt pełen torfowisk, wąwozów i zapadlisk, pod drzewami było czarno jak w beczce smoły, a księżyc pozostawał tylko wspomnieniem.

Piórko rozpalił ognisko i ugotował parę zajęcy, którą ser Garibald złowił przy pomocy dzikiej cebuli i grzybów, znalezionych po drodze. Gdy zjedli, Elia Sand przygotowała pochodnię z kija oraz garści suchego mchu i poszła zwiedzić jaskinię głębiej.

— Uważaj, żeby nie odejść za daleko — powiedziała Arianne. — Niektóre z tych jaskiń są bardzo głębokie, nietrudno się zgubić.

Księżniczka przegrała kolejną grę w cyvasse z Daemonem Sandem, wygrała jedną z Jossem Hoodem, po czym wycofała się, gdy obydwaj zaczęli uczyć Jayne Ladybright zasad. Miała już dosyć takich gier.

Nym i Tyene mogły już dotrzeć do Królewskiej Przystani – pomyślała, siadając ze skrzyżowanymi nogami u otworu jaskini, oglądając padający deszcz. Jeśli nie, to powinny być tam wkrótce. Trzysta doświadczonych włóczni poszło z nimi Szlakiem Kości, obok ruin Summerhall i w górę królewskiego traktu. Jeśli Lannisterowie spróbowaliby tej ich małej pułapki w królewskim lesie, już głowa lady Nym w tym, żeby upewnić się, że im się nie uda. Mordercy i tak nie znaleźliby swojej ofiary. Książę Trystane pozostał bezpieczny w Słonecznej Włóczni po płaczliwym pożegnaniu z księżniczką Myrcellą. To tyle w kwestii jednego brata – pomyślała Arianne – ale gdzie jest Quentyn, jeśli nie z Gryfem? Czy ożenił się ze swoją smoczą królową? Król Quentyn. To wciąż brzmiało głupio. Ta nowa Daenerys Targaryen była młodsza od Arianne o pół tuzina lat. Co dziewczę w tym wieku chciałoby robić z jej nudnym, pochłoniętym w książkach bratem? Młode dziewczęta marzyły o olśniewających rycerzach z zabójczymi uśmiechami, a nie o porządnych chłopcach zawsze wypełniających swoje obowiązki. Cóż, przecież będzie chciała Dorne. Jeśli ma nadzieję zasiąść na Żelaznym Tronie, musi mieć Słoneczną Włócznię. Jeśli Quentyn byłby ceną za to, smocza królowa zapłaci. Co jeśli jest ona w Końcu Gryfa (w oryginale „Griffin’s End”, prawdopodobnie jest to błąd i chodzi tu o „Gniazdo Gryfów” – przyp. red.) z Conningtonem, a ten cały kolejny Targaryen to tylko jakiś subtelny podstęp? Jej brat mógłby równie dobrze być tam z nią. Król Quentyn. Czy będę musiała przed nim uklęknąć?

Nic dobrego nie wyniknie z samego zastanawiania się nad tym. Quentyn będzie królem albo nie będzie. Modlę się o to, żeby Daenerys potraktowała go łagodniej niż potraktowała własnego brata.

To był czas na sen. Jutro mieli wiele mil do przejechania. Dopiero, gdy się ułożyła, Arianne zdała sobie sprawę, że Elia Sand nie wróciła ze swoich poszukiwań. Jej siostry zabiją mnie na siedem różnych sposobów, jeśli coś się z nią stało. Jayne Ladybright przysięgła, że dziewczyna nie opuściła jaskini, co oznaczało, że wciąż gdzieś tam była, wędrując wśród mroku. Gdy ich krzyki nie wydobyły jej z głębi, nie pozostało im nic innego, jak przygotować pochodnie i pójść jej poszukać.

Jaskinia okazała się znacznie głębsza, niż którekolwiek z nich podejrzewało. Za kamiennymi ustami, gdzie jej drużyna rozbiła obóz i przywiązała konie, seria krętych korytarzy prowadziła w dół i w dół, z czarnymi dziurami wijącymi się po obu stronach. W dalszej części ściany ponownie się otwierały i poszukiwacze znaleźli się w ogromnej jaskini wapiennej, większej niż wielka sala zamku. Ich okrzyki zakłóciły spokój w gnieździe nietoperzy, które łopotały wokół nich głośno, ale odkrzykiwały im tylko dalekie echa. Powolny obchód hali ujawnił trzy kolejne przejścia, jedno tak małe, że wymagałyby od nich kontynuowania poszukiwań na dłoniach i kolanach.

— Najpierw spróbujemy innych — powiedziała księżniczka. — Daemon, chodź ze mną. Garibald, Joss, spróbujcie tego drugiego.

Przejście, które Arianne wybrała dla siebie, stało się strome i mokre po przebyciu stu stóp. Stąpanie stawało się niepewne. Gdy się potknęła, musiała się złapać by się nie ześlizgnąć. Niejednokrotnie zastanawiała się nad odwrotem, ale widziała pochodnię ser Daemona z przodu i słyszała go nawołującego Elii, szła więc naprzód. I nagle znalazła się w innej grocie, pięć razy większej od ostatniej, otoczona lasem kamiennych kolumn. Daemon Sand przysunął się do jej boku i uniósł pochodnię.

— Spójrz, jak kamień został ukształtowany — powiedział. — Te kolumny i tamta ściana. Widzisz je?

— Twarze — powiedziała Arianne. Tyle smutnych oczu, wpatrujących się.

— To miejsce należało do dzieci lasu.

— Tysiąc lat temu. — Arianne odwróciła głowę. — Słuchaj. Czy to Joss?

To był on. Inni poszukiwacze znaleźli Elię, czego ona i Daemon dowiedzieli się, gdy wrócili z powrotem po śliskim korytarzu do wcześniejszej sali. Ich przejście doprowadziło do ciemnego stawu, gdzie znaleźli dziewczynę po pas w wodzie, łapiącą ślepe białe ryby gołymi rękoma, jej pochodnię płonącą czerwono i dymiącą w piasku, gdzie ją zatknęła.

— Mogłaś umrzeć — Arianne powiedziała jej, gdy usłyszała opowieść. Złapała Elię za ramię i ją potrząsnęła. — Jeśli ta pochodnia zgasłaby, byłabyś sama w ciemnościach, równie dobrze ślepa. Co myślałaś, że robisz?

— Złapałam dwie ryby — powiedziała Elia Sand.

— Mogłaś umrzeć — powtórzyła Arianne. Jej słowa odbijały się echem od ścian jaskini. „…umrzeć…umrzeć…umrzeć…”

Później zaś, gdy wrócili na powierzchnię i jej gniew ostygł, księżniczka zabrała dziewczynę na bok i ją usadziła.

— Elia, to musi się skończyć — powiedziała jej. — Nie jesteśmy teraz w Dorne Nie jesteś ze swoimi siostrami, a to nie jest gra. Chcę twojego słowa, że będziesz grać służącą dopóki nie znajdziemy się z powrotem bezpieczne w Słonecznej Włóczni. Chcę, żebyś była cicha, łagodna i posłuszna. Musisz trzymać język za zębami. Nie chcę już więcej słyszeć o lady Kopii albo walkach turniejowych, żadnych wspomnień dotyczących twojego ojca i twoich sióstr. Mężczyźni, z którymi będę pertraktować, to najemnicy. Dziś służą człowiekowi, który zwie się Jon Connington, ale jutro mogą równie dobrze służyć Lannisterom. Wszystko czego potrzeba, aby zdobyć serce najemnika to złoto, a w Casterly Rock go nie brakuje. Jeśli nieodpowiedni człowiek dowie się, kim jesteś, możesz zostać złapana i trzymana dla okupu…

— Nie — Elia się wtrąciła. — Ty jesteś tą, którą chcieliby dla okupu. Jesteś dziedziczką Dorne, ja jestem tylko bękarcicą. Twój ojciec dałby skrzynię złota za ciebie. Mój ojciec jest martwy.

— Martwy, ale nie zapomniany — powiedziała Arianne, która spędziła połowę swojego życia pragnąc, aby to książę Oberyn był jej ojcem. — Jesteś Żmijową Bękarcicą i książę Doran jest gotów zapłacić każdą cenę, aby uchronić ciebie i twoje siostry od krzywdy. – To sprawiło, że dziewczyna uśmiechnęła się w końcu. — Czy dasz mi słowo? Czy też muszę cię odesłać?

— Przysięgam. — Elia nie brzmiała, jakby była ucieszona.

— Na kości twojego ojca.

— Na kości mojego ojca.

Tej przysięgi dotrzyma — uznała Arianne. Pocałowała kuzynkę w policzek i pożegnała ją przed snem. Być może coś dobrego przyjdzie z jej przygody.

— Nigdy nie wiedziałam, jak dzika ona jest, aż do teraz — Arianne skarżyła się potem Daemonowi Sandowi. — Dlaczego mój ojciec mnie nią pokarał?

— Zemsta? — zasugerował rycerz z uśmiechem.

Przybyli do Mglistego Lasu późnym popołudniem trzeciego dnia. Ser Daemon wysłał przodem Jossa Hooda, aby rozpoznał teren i dowiedział się, kto obecnie trzymał zamek.

— Dwudziestu mężczyzn chodzi po murach, może więcej — oznajmił po powrocie. — Wiele wozów. Przybywają pełne, wybywają puste. Strażnicy przy każdej bramie.

— Sztandary? — zapytała Arianne.

— Złote. Na bramie i zamku.

— Co je zdobi?

— Nic, co mogłem zobaczyć, nie było wiatru. Sztandary zwisały bezwładnie z tyczek.

To było problematyczne. Chorągwie Złotej Kompanii były całe złote, pozbawione herbów i ozdób… ale sztandary rodu Baratheonów również były złote, tyle że ukazywały też koronowanego jelenia z Końca Burzy. Bezwładne złote chorągwie mogły być zarówno tymi, jak i tamtymi. — Były tam inne sztandary? Srebrnoszare?

— Wszystkie, które widziałem były złote, księżniczko.

Pokiwała głową. Mglisty Las był siedzibą rodu Mertynsów, którego herb zdobił biały puchacz na szarym tle. Jeśli ich sztandary nie były wywieszone, może pogłoski były prawdziwe, a zamek wpadł w ręce Jona Conningtona i jego najemników.

— Musimy podjąć ryzyko — powiedziała drużynie. Ostrożność jej ojca służyła Dorne dobrze, udało się jej to nareszcie zaakceptować, ale to był czas na śmiałość jej wuja. — Na zamek!

— Powinniśmy rozwinąć nasz sztandar? — zapytał Joss Hood.

— Jeszcze nie — powiedziała Arianne. W większości miejsc dobrze było grać rolę księżniczki, ale były takie, gdzie było inaczej.

Pół mili od bramy zamku trzech mężczyzn w skórzanych, najeżonych kolcami bezrękawnikach i stalowych półhełmach wyszło spod drzew, aby zablokować im drogę. Dwóch z nich niosło kusze, napięte i załadowane. Trzeci był uzbrojony tylko w złowieszczy uśmiech.

— A gdzie zmierzacie, moje piękne? — zapytał.

— Do Mglistego Lasu, by zobaczyć twego pana — odpowiedział Daemon Sand.

— Dobra odpowiedź — powiedział uśmiechnięty. — Chodźcie z nami.

Nowi panowie Mglistego Lasu, a z codziennej profesji najemnicy, zwali się Młody John Mudd i Łańcuch. Obaj rycerze, jak twierdzili. Ale nie zachowywali się jak żaden z rycerzy, których Arianne kiedykolwiek spotkała. Mudd nosił brąz od czubka głowy po pięty, tego samego odcienia co jego skóra, a para złotych monet zwisała mu z uszu. Muddowie byli królami Tridentu tysiąc lat temu, wiedziała o tym, ale w Młodym Johnie nie było nic królewskiego. Nie był on też szczególnie młody, ale najwyraźniej jego ojciec również służył w Złotej Kompanii, gdzie był znany jako Stary John Mudd.

Łańcuch był w połowie tak wysoki jak Mudd, jego szeroką pierś opasywała para zardzewiałych łańcuchów, biegnących od pasa do barku. Podczas gdy Mudd nosił miecz i sztylet, Łańcuch nie nosił żadnej broni, tylko pięć stóp żelaznych ogniw, dwukrotnie grubszych i cięższych niż te, które przepasywały jego pierś. Używał ich jak bicza.

Byli twardymi mężczyznami, szorstkimi i brutalnymi, lakonicznymi w wymowie, z bliznami i zwietrzałymi twarzami, które mówiły o długiej służbie w wolnych kompaniach.

— Sierżanci — ser Daemon szepnął, kiedy ich zobaczył. — Spotykałem już wcześniej ludzi ich rodzaju.

Gdy Arianne zaznajomiła ich ze swoim nazwiskiem i celem, dwaj sierżanci okazali się gościnni.

— Zostaniecie na noc — powiedział Mudd. — Są łóżka dla was wszystkich. Rano będziecie mieć świeże konie, prowiant i wszelakie zaopatrzenie, co się wam nada. Maester pani może wysłać ptaka do Gniazda Gryfów z wieścią, że tam zmierzacie.

— Zmierzamy do kogo? — zapytała Arianne. — Do lorda Conningtona?

Najemnicy wymienili spojrzenia.

— Półmaester — powiedział John Mudd. — To jego znajdziesz w Gnieździe.

— Gryf maszeruje — powiedział Łańcuch.

— Maszeruje dokąd? — zapytał ser Daemon.

— My nie możemy tego powiedzieć — rzekł Mudd. — Łańcuch, trzymaj język za zębami.

Łańcuch prychnął.

— Ona jest z Dorne. Dlaczego nie powinna wiedzieć? Przybywają się do nas przyłączyć, prawda?

To jest jeszcze do ustalenia — pomyślała Arianne Martell, ale czuła, że najlepiej nie naciskać w tej sprawie.

O zmroku znakomitą kolację podano im w samotni, wysoko w Wieży Sów, gdzie dołączyli do wdowy lady Mertyns i jej maestra. Choć zniewolona w swoim zamku, staruszka wydawała się żwawa i pogodna.

— Moi synowie i wnukowie poszli, kiedy lord Renly zwołał chorągwie — powiedziała księżniczce i jej towarzyszom. — Nie widziałam ich od tamtej pory, chociaż od czasu do czasu wysyłają kruka. Jeden z moich wnuków został zraniony nad Czarnym Nurtem, ale wrócił do sił. Spodziewam się, że powrócą tu wkrótce, aby powiesić tę bandę złodziei. — Machnęła kaczą nogą na Mudda i Łańcucha siedzących po drugiej stronie stołu.

— Nie jesteśmy złodziejami — powiedział Mudd. — Jesteśmy furażerami.

— Czy kupiliście to całe jedzenie tam na dole na dziedzińcu?

— Zaopatrzyliśmy się w nie — powiedział Mudd. — Prostaczkowie mogą zebrać plon raz jeszcze. Służymy twojemu prawowitemu królowi, starucho. — Wydawał się dobrze bawić. — Powinnaś się nauczyć mówić bardziej uprzejmie do rycerzy.

— Jeśli ci dwaj są rycerzami, to ja nadal jestem dziewicą — powiedziała Lady Mertyns. – A mówić będę, jak mi się podoba. Co zrobisz, zabijesz mnie? I tak żyłam już zbyt długo.

Księżniczka Arianne powiedziała:

— Czy byłaś dobrze traktowana, moja pani?

— Nie zostałam zgwałcona, jeśli o to pytasz — powiedziała stara kobieta. — Niektóre ze służek miały mniej szczęścia. Zamężne lub stanu wolnego, ci mężczyźni nie rozróżniają.

— Nikt tutaj nie gwałcił — upierał się Młody John Mudd. — Connington się na to nie godzi. Słuchamy rozkazów.

Łańcuch przytaknął.

— Niektóre dziewczyny zostały przekonane, tak mogło być.

— W ten sam sposób prostaczkowie zostali przekonani, aby dać wam wszystkie swoje plony. Melony lub dziewictwa, dla takich jak wy to wszystko jedno. Jeśli chcecie, to bierzecie. — Lady Mertyns zwróciła się do Arianne. — Jeśli zobaczysz tego całego lorda Conningtona, powiedz mu, że znałam jego matkę i ona by się go wstydziła.

Może powinnam tak zrobić — pomyślała księżniczka.

Tej nocy wysłała swojego drugiego kruka do ojca.

Arianne była w drodze powrotnej do swojej komnaty, kiedy usłyszała stłumiony śmiech z sąsiedniego pokoju. Zatrzymała się i przysłuchiwała przez chwilę, po czym otworzyła drzwi, po to aby znaleźć Elię Sand zwinięta na siedzeniu przy oknie, całującą Piórko. Gdy Piórko zobaczył księżniczkę stojącą w drzwiach, zerwał się na nogi i zaczął się jąkać. Oboje byli nadal ubrani. Arianne poczuła lekką satysfakcję, gdy odesłała Piórko ostrym spojrzeniem i „odejdź”. Potem odwróciła się do Elii.

— On jest od ciebie dwukrotnie starszy. Służący. Sprząta ptasie gówno dla maestra. Elia, co ty sobie myślałaś?

— Tylko całowaliśmy się. Nie zamierzam go poślubić. — Elia wyzywająco skrzyżowała ramiona pod piersiami. — Myślisz, że wcześniej nigdy nie pocałowałam chłopca?

Piórko jest mężczyzną. Mężczyzną ze służby, ale nadal mężczyzną. Nie uszło uwadze księżniczki, że Elia była w tym samym wieku, w którym ona oddała swoje dziewictwo Daemonowi Sandowi.

— Nie jestem twoją matką. Całuj każdego chłopca, którego chcesz, gdy wrócimy do Dorne. Tu i teraz, cóż… to nie jest miejsce i czas dla pocałunków, Elia. Cicha, łagodna i posłuszna, tak mówiłaś. Czy muszę również dodać czysta? Przysięgałaś na kości swojego ojca.

— Pamiętam — powiedziała Elia ze skarceniem rozbrzmiewającym w głosie. — Cicha, łagodna i posłuszna. Już więcej go nie pocałuję.

Najkrótsza droga z Mglistego Lasu do Gniazda Gryfów prowadziła przez zielone, mokre serce deszczowego lasu, była powolna nawet w najlepszych czasach. Zajęło to Arianne i jej towarzyszom większą część ośmiu dni. Jechali w rytm ciągłego deszczu biczującego korony drzew hen na górze, choć pod wielkim zielonym baldachimem z liści i gałęzi, ona i jej jeźdźcy pozostawali zaskakująco susi. Łańcuch towarzyszył im przez pierwsze cztery dni ich podróży na północ, z wozami i dziesięcioma ludźmi pod komendą. Z dala od Mudda stał się bardziej otwarty, a Arianne za pomocą swojego uroku była w stanie wyciągnąć z niego historię jego życia. Najbardziej dumny był ze swojego pradziadka, który walczył razem z Czarnym Smokiem na Polu Czerwonej Trawy i udał się za wąskie morze z Bittersteelem. Łańcuch sam urodził się w Kompanii, spłodzony przez ojca najemnika i markietankę. Choć został wychowany, by używać wspólnej mowy i uważał się za człowieka z Westeros, nigdy nie postawił stopy w Siedmiu Królestwach, aż do teraz.

Smutna historia, ale znajoma — pomyślała Arianne Jego życie składało się z kawałków, długiej listy miejsc, gdzie walczył, wrogów, których napotykał i zabił oraz ran, które otrzymał. Księżniczka pozwoliła mu mówić, od czasu do czasu skłaniając go do gadania śmiechem, dotykiem lub pytaniem, udając zafascynowanie. Nauczyła się więcej niż potrzebowała wiedzieć o umiejętnościach Mudda w graniu w kości, Dwóch Mieczach i jego zamiłowaniu do czerwonowłosych kobiet, o tym, że ktoś kiedyś uciekł z ulubionym słoniem Harry’ego Stricklanda, Małym Kotku i jego szczęśliwym kocie oraz innych wyczynach i słabostkach ludzi i oficerów Złotej Kompanii. Ale w czwartym dniu, w chwili, gdy się nie pilnował, Łańcuch wypaplał:

— Gdy w końcu zdobędziemy Koniec Burzy…

Księżniczka pozwoliła sobie tego nie skomentować, choć dogłębnie ją to zaintrygowało. Koniec Burzy. Ten Gryf jest śmiały, zdaje się. Albo głupi. Siedziba rodu Baratheonów przez trzy wieki, starożytnych królów burzy przez tysiące lat wcześniej, Koniec Burzy był uważany przez niektórych za nie do zdobycia. Arianne słyszała ludzi spierający się o to, który zamek był najsilniejszy w królestwie. Niektórzy mówili, że Casterly Rock, inni, że Orle Gniazdo Arrynów, jeszcze inni, że Winterfell na mroźnej północy, ale Koniec Burzy też zawsze pojawiał się w rozmowie. Legenda mówiła, że został on postawiony przez Brandona Budowniczego, aby wytrzymać furię mściwego boga. Opasające go mury były najwyższe i najmocniejsze we wszystkich Siedmiu Królestwach, od czterdziestu do osiemdziesięciu stóp grubości. Jego potężny, pozbawiony okien donżon nie był nawet w połowie tak wysoki jak Wysoka Wieża w Starym Mieście, ale nadal górował nad okolicą, z murami trzykrotnie grubszymi niż te, które można było znaleźć w Starym Mieście. Żadna wieża oblężnicza nie była wystarczająco wysoka, aby dosięgnąć blanek Końca Burzy; ani skorpiony, ani trebusze nie miały szans na zrobienie wyłomu w jego potężnych murach. Czy Connington myślał o rozłożeniu się z oblężeniem? — zastanawiała się. — Ilu ludzi może mieć? Na długo zanim zamek by upadł, Lannisterowie wysłaliby armię, która przełamałaby to oblężenie. Tak się tego nie da zrobić.

Tej nocy, gdy powiedziała ser Daemonowi, co powiedział Łańcuch, Bękart z Bożejłaski wydawał się być równie zagubiony jak ona.

— Koniec Burzy był nadal w posiadaniu ludzi lojalnych wobec lorda Stannisa, kiedy ostatnio o nim słyszałem. Można by pomyśleć, że Connington zrobiłby lepiej, gdyby walczył o wspólną sprawę z innym buntownikiem, zamiast atakować go.

— Stannis jest zbyt daleko, aby mu jakkolwiek pomóc — dumała Arianne. — Przechwycenie kilku pomniejszych zamków, gdy ich panowie i garnizony byli na dalekich wojnach to jedno, ale jeśli lord Connington i jego smoczek mogą jakoś zdobyć jedną z największych twierdz w królestwie…

—… królestwo musiałoby zacząć traktować ich poważnie — ser Daemon dokończył. — A niektórzy z tych, którzy nie kochają Lannisterów, mogliby pójść pod sztandary Gryfa.

Tej nocy Arianne napisała kolejną krótką notatkę do swojego ojca i poleciła Piórku wysłanie jej w drogę trzecim krukiem.

Młody John Mudd również wysyłał ptaki, jak się zdawało. Blisko zmierzchu czwartego dnia, niedługo po tym jak Łańcuch i jego wozy opuściły ich, drużyna Arianne napotkała kolumnę najemników z Gniazda Gryfów, prowadzoną przez najbardziej egzotyczne ze stworzeń, jakie księżniczka kiedykolwiek widziała na oczy, z pomalowanymi paznokciami i kamieniami szlachetnymi błyskającymi w uszach.

Lysono Maar władał językiem powszechnym bardzo dobrze.

— Mam zaszczyt być oczami i uszami Złotej Kompanii, księżniczko.

— Wyglądasz… — zawahała się.

— …jak kobieta? — zaśmiał się. — Nie jestem nią.

— …jak Targaryen — nalegała Arianne. Jego oczy były bladoliliowe, a włosy wodospadem bieli i złota. Mimo wszystko coś w nim przyprawiało ją o ciarki. Czy tak wyglądał Viserys? — zaczęła się zastanawiać. Jeśli tak, to może to dobrze, że był martwy.

— Jestem zaszczycony. O kobietach z rodu Targaryenów mówi się, że nie mają sobie równych na całym świecie.

— A o mężczyznach z tego rodu?

— Och, jeszcze ładniejsi. Chociaż, prawdę mówiąc, ja widziałem tylko jednego. — Maar wziął jej dłoń w swoją i pocałował ją lekko w nadgarstek.

— Mglisty Las wysłał wiadomość, że nadchodzisz, słodka księżniczko. Będziemy zaszczyceni możliwością odprowadzenia cię do Gniazda, ale obawiam się, że minęłaś się z lordem Conningtonem i naszym młodym księciem.

— Wyruszyli na wojnę?

Na Koniec Burzy?

— Właśnie.

Lyseńczyk był zupełnie innym typem człowieka niż Łańcuch. Ten nie pozwoli na to, aby cokolwiek mu się wyślizgnęło — zdała sobie sprawę po zaledwie kilku godzinach w jego towarzystwie. Maar był bardzo wygadany, ale opanował do perfekcji sztukę mówienia wiele, podczas gdy tak naprawdę nie mówił nic. A co do jeźdźców, którzy przybyli z nim, mogliby równie dobrze być niemi, biorąc pod uwagę, ile jej towarzyszom udało się z nich wyciągnąć.

Arianne zdecydowała się skonfrontować go otwarcie. Wieczorem ich piątego dnia poza Mglistym Lasem, gdy rozbili obóz obok ruin starej wieży porośniętej winoroślą i mchem, usiadła obok niego i powiedziała:

— Czy to prawda, że macie ze sobą słonie?

— Kilka — powiedział Lysono Maar z uśmiechem i wzruszeniem ramion.

— I smoki? Ilu macie smoków?

— Jednego.

— Masz na myśli chłopca.

— Książę Aegon jest dorosłym mężczyzną, księżniczko.

— Czy on lata? Zieje ogniem?

Lyseńczyk roześmiał się, ale jego liliowe oczy pozostały zimne.

— Grasz w cyvasse, mój panie? — zapytała Arianne. — Mój ojciec mnie uczył. Nie mam wielkich umiejętności, ale muszę przyznać, że nawet ja wiem, że smok jest silniejszy od słonia.

— Złota Kompania została założona przez smoka.

— Bittersteel był w połowie smokiem, a w całości bękartem. Nie jestem maestrem, ale znam trochę historię. Nadal jesteście najemnikami.

— Jeśli pozwolisz, księżniczko — powiedział z całą swoją jedwabną uprzejmością. — Wolimy nazywać siebie wolnym bractwem wygnańców.

— Jak wolisz. Wśród wolnych bractw twoja kompania stoi znacznie powyżej przeciętnej, to przyznaję. Jednak Złota Kompania była pokonywana za każdym razem, gdy wkraczała do Westeros. Przegrali, gdy dowodził nimi Bittersteel, zawiedli pretendentów z linii Blackfry’ów, zostali złamani gdy Maelys Potworny ich poprowadził.

Wydawało się, że go rozbawiła.

— Przynajmniej jesteśmy wytrwali, to musisz przyznać. A w przypadku niektórych z tych porażek mało brakowało.

— A w niektórych brakowało wiele. A ci, którzy giną o włos od zwycięstwa są nie mniej martwi niż ci, którzy umierają rozgromieni. Książę Doran, mój ojciec, jest mądrym człowiekiem i walczy tylko w wojnach, które może wygrać. Jeśli losy wojny obrócą się przeciwko waszemu smokowi, Złota Kompania bez wątpienia ucieknie z powrotem na drugą stronę wąskiego morza, jak to już miało miejsce wcześniej. Jak zrobił to sam lord Connington, po tym jak Robert pokonał go w Bitwie Dzwonów. Dorne nie ma takiego schronienia. Dlaczego powinniśmy użyczyć naszych mieczy i włóczni dla niepewnej sprawy?

— Książę Aegon jest z twojej krwi, księżniczko. Syn księcia Rhaegara Targaryena i Elii z Dorne, siostry twojego ojca.

— Daenerys Targaryen jest również z naszej krwi. Córka króla Aerysa, siostra Rhaegara. I ona ma smoki, albo przynajmniej tak twierdzą opowieści. — Ogień i krew. — Gdzie ona jest?

— Pół świata stąd, nad Zatoką Niewolniczą — powiedział Lysono Maar. — A co do tych rzekomych smoków, ja ich nie widziałem. Prawdą jest, że w cyvasse smok jest potężniejszy niż słoń. Na polu bitwy wolałbym słonie, które mogę zobaczyć, dotknąć i wysłać przeciwko moim przeciwnikom, a nie smoki stworzone ze słów i życzeń.

Księżniczka zamyśliła się i zapadła cisza. Tej nocy wysłała swojego czwartego kruka do ojca.

Wreszcie Gniazdo Gryfów wyłoniło się z morskich mgieł, w szary, mokry dzień, gdy deszcz padał z rzadka i zimny. Lysono Maar podniósł rękę, dźwięk trąbki odbił się echem od turni, a bramy zamkowe otwarły się przed nimi niczym ziewnięcie. Nasączony deszczem sztandar, który wisiał nad bramą był biały i czerwony. Księżniczka zobaczyła kolory rodu Conningtonów, ale złote sztandary Kompanii również były widoczne. Jechali w podwójnej kolumnie przez grań znaną jako Gardło gGyfa, z wodami Zatoki Rozbitków łoskoczącymi o skały po obu stronach.

W części głównej zamku kilkunastu oficerów Złotej Kompanii zebrało się, aby powitać dornijską księżniczkę. Jeden po drugim klękali przed nią i przyciskali swoje usta do wierzchu jej dłoni, podczas, gdy Lysono Maar ich przedstawiał. Większość nazwisk uciekła jej z głowy niemal tak szybko, jak je usłyszała.

Dowodził nimi starszy mężczyzna o szczupłej, pokrytej zmarszczkami, czysto ogolonej twarzy, który nosił długie włosy związane z tyłu w węzeł. Ten nie jest wojownikiem — wyczuła Arianne. Lyseńczyk potwierdził jej osąd, kiedy przedstawił go jako Haldona Półmaestra.

— Mamy pokoje przygotowane dla ciebie i twoich ludzi, księżniczko — powiedział Haldon, gdy dobiegło końca wzajemne przedstawianie się. — Mam nadzieję, że będą wam odpowiadać. Wiem, że szukacie lorda Conningtona, a on również pragnie rozmowy z wami i to pilnie. Jeśli cię to zadawala, jutro znajdzie się statek, który mógłby cię zabrać do niego.

— Dokąd? — zażądała odpowiedzi Arianne.

— Czyż nikt ci nie powiedział? — Haldon Półmaester zaszczycił ją uśmiechem wąskim i twardym, jak cięcie sztyletu. — Koniec Burzy jest nasz. Namiestnik oczekuje cię tam.

Daemon Sand podszedł do niej.

— Zatoka Rozbitków może być niebezpieczna nawet w jasny, letni dzień. Bezpieczniejsza droga do Końca Burzy prowadzi przez ląd.

— Deszcze zamieniły drogi w błoto. Podróż zajęłaby dwa dni, może trzy — powiedział Haldon Półmaester. – Statek dostarczy tam księżniczkę w pół dnia lub mniej. Armia naciera na Koniec Burzy z Królewskiej Przystani. Będziecie chcieli być bezpieczni w obrębie murów przed bitwą.

Czy będziemy? — zastanawiała się Arianne.

— Bitwą? Czy oblężeniem? — Nie zamierzała dać się uwięzić w Końcu Burzy.

— Bitwą — Haldon powiedział stanowczo. — Książę Aegon zamierza zniszczyć swoich wrogów w polu.

Arianne wymieniła spojrzenia z Daemonem Sandem.

— Czy będziesz tak dobry i pokażesz nam drogę do naszych pokoi? Chciałabym się odświeżyć i przebrać w suche ubrania.

Haldon skłonił się.

— Natychmiast.

Jej drużyna została umieszczona w wieży wschodniej, gdzie widok z wąskich okien padał na Zatokę Rozbitków.

— Twój brat nie jest w Końcu Burzy, teraz to wiemy — ser Daemon powiedział, gdy tylko znaleźli się za zamkniętymi drzwiami. — Jeśli Daenerys Targaryen ma smoki, są one na drugim końcu świata, bezużyteczne dla Dorne. Nie ma dla nas nic w Końcu Burzy, księżniczko. Jeśli książę Doran chciałby wysłać cię w sam środek bitwy, dałby ci trzystu rycerzy, a nie trzech.

Nie bądź taki pewny, ser. Wysłał mojego brata do Zatoki Niewolniczej z pięcioma rycerzami i maestrem.

— Muszę porozmawiać z Conningtonem. — Arianne rozpięła broszę z włócznią i słońcem, która spinała jej płaszcz i pozwoliła ześlizgnąć się nasączonemu deszczem ubraniu z ramion w kałużę na podłodze. — I chcę zobaczyć jego smoczego księcia. Jeżeli jest on prawdziwym synem Elii…

— Czyimkolwiek jest on synem, jeśli Connington wyzywa Mace’a Tyrella do otwartej bitwy, może wkrótce być w niewoli lub stać się trupem.

— Tyrella nie należy się obawiać. Mój wuj Oberyn…

— …jest martwy, księżniczko. I dziesięć tysięcy ludzi jest równe sile całej Złotej Kompanii.

— Lord Connington musi znać swoje własne siły. Jeśli ryzykuje walkę, musi wierzyć, że może ją wygrać.

— A ilu ludzi zginęło w bitwach, które wierzyli, że mogą wygrać? — Ser Daemon spytał. — Odmów im, księżniczko. Nie ufam tym najemnikom. Nie jedź do Końca Burzy.

Czy mam wierzyć, że pozwolą mi dokonać tego wyboru? Miała nieprzyjemne uczucie, że Haldon Półmaester i Lysono Maar mieli zamiar umieścić ją na tym statku wraz z przyjściem poranka, czy ona tego zechce czy nie. Lepiej ich nie sprawdzać.

— Ser Daemonie, byłeś giermkiem mojego wuja Oberyna — powiedziała. — Gdybyś był z nim tu i teraz, też doradzałbyś mu odmówić, tak jak mi teraz? — Nie czekała na jego odpowiedzieć. — Znam odpowiedź. A jeśli masz zamiar przypomnieć mi, że nie jestem Czerwoną Żmiją, to też wiem.. Ale książę Oberyn jest martwy, książę Doran jest stary i chory, a ja jestem spadkobierczynią Dorne.

— I dlatego nie powinnaś narażać się na ryzyko. — Daemon Sand uklęknął na jedno kolano. — Wyślij mnie do Końca Burzy w swoim imieniu. Wtedy, jeśli plany Gryfa się nie powiodą i Mace Tyrell zajmie zamek z powrotem, będę po prostu kolejnym rycerzem bez ziem, który oddał miecz w służbę pretendentowi w nadziei zysku i chwały.

Jeśli ja zostanę pojmana, Żelazny Tron uzna to za dowód, że Dorne spiskowało z tymi najemnikami i pomogło im w ich inwazji.

— Wykazujesz się odwagą chcąc mnie chronić, ser. Dziękuję ci za to. — Wzięła go za ręce i podniosła go z powrotem na nogi. — Ale mój ojciec powierzył to zadanie mi, a nie tobie. Jutro płynę stawić czoło smokowi w jego jaskini.


Tłumaczenie: Łukasz Kryska

Autor obrazu: Magali Villeneuve

Udostępniamy tekst wyłącznie jako tłumaczenie dla fanów, które zostanie zdjęte ze strony z chwilą ukazania się oficjalnego przekładu. Autorem rozdziału jest George R. R. Martin.

źródło: http://www.georgerrmartin.com/excerpt-from-the-winds-of-winter/