Zapraszamy do lektury naszego tłumaczenia nowego rozdziału z "Wichrów zimy", który niedawno ujrzał światło dzienne. Fragment przedstawia losy Aerona Greyjoya.

Uwaga: Tłumaczenie wykonane zostało na podstawie transkrypcji opublikowanej przez fana, który wziął udział w konwencie Balticon w Baltimore. Nie jest to materiał udostępniony bezpośrednio przez George’a R.R. Martina, więc ostateczna wersja tego fragmentu po publikacji przez autora (lub po wydaniu „Wichrów zimy”) może się nieznacznie różnić.


PORZUCONY

Aeron(Autor nieznany)

W trzewiach bestii panowała wieczna noc. Niemowy zabrały mu szatę i płaszcz. Jego ciało pokrywały jedynie włosy, łańcuchy i strupy. Morska woda chlupotała pod jego nogami z każdą falą przypływu, podnosząc się na wysokość jego genitaliów, a następnie opadając wraz z odpływem. Jego stopy nabrzmiały, spuchły i utraciły dawny kształt, nieforemne niczym kawały szynki. Wiedział, że znajduje się w jakimś lochu, ale nie potrafił określić, od jak dawna. Przed tym lochem był jeszcze inny, a następnie statek, „Cisza”. Gdy go przenosili, dostrzegł księżyc wynurzający się z morza koloru czarnego wina, o złośliwym obliczu przypominającym twarz Eurona. Wokół niego, pośród wody, kręciły się szczury, które gryzły go podczas snu i doprowadzały do krzyków i ataków furii. Broda i czaszka Aerona pokryta była robactwem i wszami. Czuł, jak poruszają się w jego włosach, a kolejne ugryzienia nieznośnie dawały o sobie znać. Skuto go tak ciasno, że nie był w stanie dosięgnąć do głowy, by się podrapać. Kajdany, którymi przykuto go do ściany, były stare i zardzewiałe, przez co boleśnie raniły mu stopy i nadgarstki. Gdy tryskała w nie woda, sól dostawała się do ran, sprawiając, że wstrzymywał oddech z bólu.

Gdy spał, ciemność zbierała się wokół niego i pochłaniała go, po czym nadchodził sen, a w nim Urri i skrzypienie zardzewiałych zawiasów. Jedyne światło w tym wilgotnym świecie pochodziło z lamp, które przynosili ze sobą odwiedzający go ludzie, a zdarzało się to tak rzadko, że zaczęło ono ranić jego oczy. Bezimienny mężczyzna o skwaszonej twarzy przyniósł mu posiłek. Trochę wołowiny, twardej niczym drewniana dachówka, chleb, w którym roiło się od robaków i ryba, oślizgła i cuchnąca. Aeron Mokra Czupryna pochłonął to wszystko i liczył na więcej, chociaż najczęściej pożywienie kończyło jako wymiociny na podłodze. Ponury mężczyzna, który przyniósł mu jedzenie, był ciemnej cery i nie odezwał się ani słowem. Aeron nie wątpił, że pozbawiono go języka. Tak zazwyczaj postępował Euron. Wraz z niemową zniknęło światło i jego świat ponownie ogarnęły ciemności oraz zapach soli, pleśni i odchodów.

Czasami przychodził do niego sam Euron. Aeron wybudzał się ze snu, by zobaczyć stojącego przed nim brata z lampą w dłoni. Pewnego razu, już na pokładzie „Ciszy”, powiesił lampę i nalał im po kielichu wina.

– Napij się ze mną, bracie – zaproponował.

Tamtej nocy miał na sobie koszulę wyszywaną rybimi łuskami i jedwabny płaszcz w kolorze krwi. Oko zakrywała mu czerwona opaska, a usta zabarwione były na niebiesko.

– Dlaczego tu jestem? – zapytał Aeron chrapliwym głosem. Całe usta pokryte miał strupami, aż ciężko było mu mówić. – Dokąd żeglujemy?

– Na południe. Na podbój. By grabić. Smoki. Ludzi.

– Moje miejsce jest na Wyspach.

– Twoje miejsce jest tam, gdzie zdecyduję. Jestem twoim królem.

– Czego ode mnie chcesz?

– Co możesz mi zaoferować, czego bym już nie miał? – uśmiechnął się Euron. – Pozostawiłem Żelazne Wyspy w rękach starego Erika Ironmakera i zapewniłem sobie jego wierność poprzez oddanie mu ręki naszej słodkiej Ashy. Nie chciałem, byś podburzał ludzi przeciw moim rządom, więc zabrałem cię z nami.

– Wypuść mnie. Bóg ci to nakazuje.

– Napij się ze mną. Nakazuje ci to twój król.

Euron chwycił kapłana za czarne włosy, odchylił mu głowę i podniósł kielich do jego ust, lecz nie wino popłynęło do jego gardła. Była to gęsta i lepka substancja o smaku, który zdawał się zmieniać za każdym łykiem. Raz był gorzki, potem kwaśny, teraz słodki. Gdy Aeron spróbował to wypluć, brat ścisnął go mocniej i wmusił w niego więcej napitku.

– Właśnie tak, kapłanie. Śmiało, wypij wszystko. To wino czarnoksiężników. Jest słodsze niż twoja morska woda i skrywa w sobie więcej prawdy niż wszyscy bogowie na świecie.

– Bądź przeklęty – odpowiedział Aeron, gdy kielich został opróżniony. Krople napoju pokryły mu policzek i spłynęły na długą, czarną brodę.

– Gdybym ucinał język każdemu, kto mnie przeklina, mógłbym już uszyć sobie z nich płaszcz.

Aeron zebrał ślinę i splunął. Czarno–niebieska flegma trafiła na policzek jego brata i zawisła na nim, błyszcząc pośród mroku. Euron starł ją z twarzy palcem wskazującym, a następnie go oblizał.

– Dziś twój bóg ci wybaczy. Albo jakiś inny bóg.

Gdy później Mokra Czupryna spał, wisząc w swoich kajdanach, usłyszał skrzypnięcie zardzewiałych zawiasów.

– Urri! – zawołał.

Nigdzie nie było żadnych zawiasów, drzwi ani Urriego. Jego brat Urrigon był od dawna martwy, a jednak stał przed nim. Jego ręka była poczerniała, opuchnięta i cuchnęło od niej larwami, ale nadal był to Urri. Nadal jako chłopiec. Nie postarzał się ani o dzień od chwili, w której umarł.

– Wiesz, co czeka na dnie morza, bracie?

– Utopiony Bóg – odrzekł Aeron. – W podwodnych komnatach.

Urri pokręcił jednak głową.

– Robactwo. Oto co na ciebie czeka, Aeronie.

Gdy się zaśmiał, jego twarz zaczęła się przemieniać i kapłan zdał sobie sprawę, że nie widzi już Urriego, lecz uśmiechnięte oko Eurona. Odkrył swoje krwawe oko. Mroczne i przerażające. Ubrany był w łuskę czarną niczym onyks. Zasiadł na stosie poczerniałych czaszek, wokół jego stóp uwijały się karły, a daleko w oddali płonął las.

– Krwawiąca gwiazda zapowiedziała koniec – powiedział do Aerona. – Nadchodzą ostatnie dni, podczas których świat zostanie zniszczony i stworzony na nowo, a nowy bóg wynurzy się z grobów i mogił.

Następnie Euron podniósł olbrzymi róg do swoich ust i zadął w niego, a smoki, krakeny i sfinksy przybyły na jego wezwanie i złożyły mu hołd.

– Klęknij, bracie – rozkazał Wronie Oko. – Jestem twoim królem. Twoim bogiem. Oddaj mi cześć, a uczynię cię moim kapłanem.

– Nigdy. Żaden bezbożnik nie może zasiąść na Tronie z Morskiego Kamienia.

– Dlaczego miałbym pożądać tej twardej, czarnej skały? Bracie, rozejrzyj się ponownie i zobacz, na czym zasiadłem.

Aeron Mokra Czupryna spojrzał. Stos czaszek zniknął. Pod Wronim Okiem zalśnił metal. Potężny, wysoki tron, obleczony kolcami, mieczami i złamanymi klingami, skąpany we krwi. Na dłuższych ostrzach zatknięto ciała bogów. Była tam Dziewica, i Ojciec, i Matka, i Wojownik, i Starucha z Kowalem, a nawet Nieznajomy. Wisieli ramię w ramię z całym szeregiem przedziwnych, obcych bóstw. Był tam Wielki Pasterz i Czarna Koza, Trójgłowy Trios, Blade Dzieciątko Bakkalon, Pan Światła, Bóg Motyli z Naath, a obok nich zatracony w zielonej masie pożeranej przez kraby – Utopiony Bóg – gnijący wespół z Czerwonym Koniem Morskim, z grzywą ociekającą wilgocią.

Euron Greyjoy zaśmiał się ponownie, a kapłan przebudził się krzykiem w trzewiach „Ciszy”, czując, jak strumień moczu spływa mu po nodze.

To był tylko sen; wizja zrodzona za sprawą plugawego, czarnego wina.

Królewski wiec był ostatnią rzeczą, którą Mokra Czupryna pamiętał wyraźnie. Gdy kapitanowie podnieśli Eurona w górę, by obwołać go swoim królem, kapłan wymknął się, by odnaleźć ich brata, Victariona.

– Bluźnierstwa Eurona sprowadzą na nas gniew Utopionego Boga – ostrzegł go.

Ale Victarion uparcie odpowiadał, że to ich bóg wybrał ich brata i tak samo tylko on może zadecydować o jego upadku.

Niczego nie uczyni, zdał sobie sprawę kapłan. Sam muszę się tym zająć.

Królewski wiec wybrał Eurona Wronie Oko, ale w królewskim wiecu udział brali ludzie, istoty słabe i głupie, które zbyt łatwo dają się uwieść złotu i kłamstwom.

– Wezwałem ich tutaj, do Kości Naggi, do Komnaty Szarego Króla… Wezwałem ich, by wybrali prawego króla, ale oni, pijani szaleństwem, zgrzeszyli.

I teraz to on musiał to naprawić.

– Kapitanowie i królowie wybrali Eurona, ale lud pozbawi go władzy – obiecał Victarionowi. – Udam się na Wielką Wyk, Harlaw, Oakmont i nawet na Pyke. Moje słowa zostaną usłyszane w każdym mieście i każdej wiosce. Żaden bezbożnik nie może zasiąść na Tronie z Morskiego Kamienia.

Po rozstaniu z bratem szukał pocieszenia w morzu. Paru jego utopionych podążyło za nim, lecz Aeron odprawił ich kilkoma ostrymi słowami. Pragnął jedynie towarzystwa boga. Nad brzegiem, niedaleko miejsca, w którym wyciągnięto na ląd statki, zobaczył, jak czarne, słone fale uderzają w skałę do połowy zanurzoną w piasku. Woda była lodowato zimna, ale Aeron nawet się nie wzdrygnął przed pieszczotami boga. Fale jedna po drugiej uderzały go w pierś i wytrącały z równowagi, ale on wchodził głębiej i głębiej, dopóki woda nie zaczęła przetaczać się nad jego głową. Smak soli na jego ustach był słodszy niż jakiekolwiek wino. Słyszał z oddali grzmienie pieśni świętujących wybór króla. Słyszał nikły odgłos skrzypienia drakkarów zgromadzonych przy wybrzeżu. Słyszał zawodzenia wiatru pomiędzy liniami okrętów i uderzenia fal, młota bogów wzywającego go do bitwy.

I wtedy Utopiony Bóg odezwał się do niego raz jeszcze, a jego głos rozbrzmiał z morskich głębin. Aeronie, mój dobry i wierny sługo, musisz powiedzieć żelaznym ludziom, że Euron Wronie Oko nie jest prawdziwym królem. Tron z Morskiego Kamienia należy do… do… do…

Nie do Victariona. Victarion stanął przed kapitanami, a ci go odtrącili. Nie do Ashy. W głębi serca to ją Aeron najbardziej kochał ze wszystkich dzieci swojego brata Balona. Utopiony Bóg pobłogosławił ją duchem wojownika, ale przeklął ciałem kobiety. Żadna kobieta nigdy nie rządziła Żelaznymi Wyspami. Nie powinna była zgłaszać siebie, lecz opowiedzieć się za Victarionem, przekazując mu swoje wsparcie.

Nie jest jeszcze za późno, zdecydował Aeron, słabnąc pośród fal. Gdyby Victarion wziął Ashę za żonę, mogliby rządzić wspólnie jako król i królowa. W dawnych czasach każda wyspa miała własnego króla soli i króla kamieni. Pora, by dawne zwyczaje powróciły.

Aeron Mokra Czupryna wracał na brzeg z sercem przepełnionym stanowczością. Doprowadzi do upadku Eurona nie za sprawą miecza czy topora, lecz dzięki potędze swojej wiary. Stąpał między kamieniami, a czarne, mokre włosy przylgnęły mu do policzków. Gdy odgarnął je, by odsłonić oczy, został pochwycony. Niemowy, które obserwowały go, czekały na niego i śledziły jego kroki pośród morskiego oparu. Czyjaś ręka zakryła mu usta, a coś ciężkiego uderzyło go w tył głowy.

Następnym razem, gdy Mokra Czupryna otworzył oczy, był skrępowany i otaczały go nieprzeniknione ciemności. Potem nadeszły gorączka i smak krwi w ustach, gdy miotał się pod pokładem „Ciszy”, próbując zrzucić łańcuchy. Słaby człowiek oddałby się rozpaczy, ale Aeron Mokra Czupryna modlił się. Modlił się we śnie i na jawie, a nawet w podsycanych gorączką majaczeniach. Mój bóg poddaje mnie próbie. Muszę być silny. Nie mogę dać się złamać.

Wcześniej, gdy siedział w poprzednim lochu, zamiast jednego z milczących sługusów Eurona jedzenie przyniosła mu kobieta. Młoda, piersiasta i urodziwa, odziana niczym szlachcianka z zielonych krain. W świetle lampy była najpiękniejszą istotą, jaką Aeron kiedykolwiek widział.

– Kobieto – odezwał się do niej – jestem sługą boga. Nakazuję ci mnie uwolnić.

– Nie mogę tego uczynić – odrzekła. – Ale mam dla ciebie jedzenie. Owsiankę z miodem.

Usiadła obok niego i zaczęła go karmić łyżką.

– Co to za miejsce? – spytał pomiędzy kęsami.

– Zamek mojego lorda ojca w Oakenshield.

Tarczowe Wyspy. Tysiąc staj od domu.

– A jak ciebie zwą, dziecko?

– Falia Flowers.

– Jesteś jego naturalną córką?

– Będę morską żoną króla Eurona. Ty i ja zostaniemy rodziną.

Aeron Mokra Czupryna podniósł wzrok i popatrzył na nią, mając na zaskorupiałych ustach pełno owsianki.

– Kobieto – łańcuchy zaskrzypiały, gdy się poruszył. – Uciekaj. On cię skrzywdzi, a następnie zabije.

Roześmiała się.

– Głupcze. Na pewno tego nie zrobi. Jestem jego ukochaną. Jego wybranką. Obsypuje mnie podarunkami, tak wieloma. Jedwabiem, skórami i klejnotami. I jeszcze nazywa je łachmanami i kamykami.

– Wronie Oko nie przywiązuje wagi do takich rzeczy.

Była to jedna z tych cech, które zachęcały ludzi do służby pod jego rozkazami. Większość kapitanów zatrzymywała lwią część łupów, ale Euron nie brał dla siebie praktycznie niczego.

– Otrzymuję każdą suknię, jakiej tylko zapragnę – szczebiotała dalej dziewka. – Dawniej siostry zmuszały mnie, bym im usługiwała przy stole, a Euron kazał im obsłużyć całą salę nago. Dlaczego miałby to robić, jeśli nie z miłości do mnie?

Położyła rękę na brzuchu i delikatnie pogłaskała materiał swojej sukni.

– Urodzę mu synów. Wielu synów.

– On już ma synów. Bękartów i kundli, jak ich sam określa.

– Moi synowie zajmą miejsce przed nimi. Obiecał mi to, przysięgając na waszego Utopionego Boga.

Aeron zapłakał nad jej nieszczęściem. To krwawe łzy, pomyślał.

– Musisz przekazać wiadomość mojemu bratu. Nie Euronowi, tylko Victarionowi, Lordowi Kapitanowi Żelaznej Floty. Znasz człowieka, o którym mówię?

Falia odsunęła się od niego.

– Tak – odrzekła – ale nie byłabym w stanie przekazać mu żadnej wiadomości. Odpłynął.

Odpłynął. To był najgorszy cios ze wszystkich.

– Dokąd się udał?

– Na wschód – odpowiedziała. – Ze wszystkimi swoimi statkami. Powróci do Westeros ze smokami. Zostanę morską żoną Eurona, ale mój ukochany musi mieć także kamienną żonę, królową, z którą będzie rządził w całym Westeros. Powiadają, że to najpiękniejsza niewiasta na całym świecie, a oprócz tego ma jeszcze smoki. Będziemy dla siebie jak siostry.

Aeron Mokra Czupryna prawie jej nie słyszał. Victarion po drugiej stronie świata, być może martwy. Z pewnością Utopiony Bóg poddaje go próbie. To nauczka dla niego. Nie mogę pokładać wiary w ludziach – teraz tylko moja wiara może mnie ocalić.

Gdy w nocy kolejna fala wdarła się do jego celi, modlił się, by woda podniosła się na tyle wysoko, by zakończyć wszystkie jego cierpienia. Byłem twoim prawdziwym i oddanym sługą, modlił się, zamierając w łańcuchach. Wyrwij mnie ze szponów mojego brata i zabierz mnie w głębiny, abym mógł zasiąść obok ciebie.

Wybawienie jednak nie nadeszło, a miast niego jedynie niemowy, które rozkuły go i zawlekły po długich, kamiennych schodach do miejsca, w którym „Cisza” unosiła się na zimnym, czarnym morzu. A kilka dni później, gdy walczyła w objęciach sztormu, Euron Wronie Oko przyszedł do niego ponownie z lampą w ręku. Tym razem jednak w drugiej ręce dzierżył sztylet.

– Nadal się modlisz, kapłanie? Twój bóg cię opuścił.

– Mylisz się.

– Zapomniałeś już, że to ja nauczyłem cię, jak należy się modlić? Zachodziłem do twojej komnaty, gdy za dużo wypiłem. Dzieliłeś ją z Urrigonem wysoko w Morskiej Wieży. Jeszcze zanim wszedłem, słyszałem twoje modlitwy. Zawsze zastanawiałem się, czy modlisz się, bym się na ciebie zdecydował, czy może żeby odeszła mi ochota?

Euron przyłożył sztylet do gardła Aerona.

– Módl się do mnie. Módl się, bym zakończył twoje cierpienia, a uczynię to.

– Nawet ty nie śmiałbyś tego zrobić – odpowiedział Mokra Czupryna. – Jestem twoim bratem. Nikt nie jest bardziej przeklęty od tego, kto zabija własnego krewniaka.

– A jednak to ja noszę koronę, a ty gnijesz w kajdanach. Jak Utopiony Bóg mógł na to pozwolić, skoro zabiłem trzech braci?

Aeron spojrzał na niego, całkowicie zaskoczony.

– Trzech?

– Cóż, jeśli wliczymy braci przyrodnich. Pamiętasz małego Robina? Nędzna istota. Pamiętasz ten jego wielki, durny łeb? Potrafił tylko kwilić i srać. To moja druga ofiara, bo pierwszą był Harlon. Wystarczyło przez chwilę zacisnąć palce na jego nosie. Szara łuszczyca zamieniła jego usta w kamień, więc nie mógł nawet krzyczeć. Miotał wokoło ślepiami, gdy umierał. Jego oczy wykrzykiwały moje imię. A gdy w końcu wyzionął ducha, poszedłem na brzeg i naszczałem do morza, wzywając bogów, by mnie ukarali. Żaden się o to nie pokusił. A trzecią ofiarą był Balon, ale o tym już wiedziałeś. Nie mogłem zrobić tego osobiście, ale to moja ręka strąciła go z mostu.

Wronie Oko przycisnął sztylet nieco mocniej, a Aeron poczuł, jak krew zaczyna spływać mu strumykiem po szyi.

– Skoro twój Utopiony Bóg nie pokarał mnie za zabicie trzech braci, to po co miałby kiwnąć palcem dla czwartego? Bo jesteś jego kapłanem? – Odstąpił od niego i schował sztylet. – Nie, nie zabiję cię dzisiaj, święty człowieku ze świętą krwią w żyłach. Być może krew ta jeszcze mi się przyda. Póki co skazuję cię na życie.

Święty człowieku ze świętą krwią w żyłach, pomyślał Aeron, gdy jego brat wrócił na pokład. Drwi ze mnie i z boga. Morderca krewnych. Bluźnierca. Demon w ludzkiej skórze. Tej nocy modlił się, by jego brata spotkała śmierć.

Kiedy przebywał już w drugim lochu, zaczęli się pojawiać inni kapłani, dzieląc jego mękę. Trzech z nich nosiło szaty septonów z zielonych krain, a jeden odziany był w czerwień kapłana R’hllora. Ciężko było rozpoznać w nim istotę ludzką. Obie jego ręce poparzono aż do kości, a jego twarz była zwęgloną, poczerniałą i przerażającą masą. Pośrodku niej para ślepych oczu, z których lała się ropa, spoglądała niewidzącym wzrokiem ponad popękanymi policzkami. Zmarł w ciągu kilku godzin od przykucia do ściany, ale niemowy pozostawiły jego ciało, by gniło przez jeszcze trzy dni. Znalazło się też dwóch czarnoksiężników ze Wschodu z cerą białą jak pieczarki i wargami o odcieniu fioletowoniebieskich siniaków, tak zmizerniałych i wygłodzonych, że ostała się jedynie skóra i kości. Jeden z nich stracił nogi, więc niemowy podwiesiły go na krokwi.

– Pree! – krzyczał, bujając się w jedną i drogą stronę. – Pree! Pree!

Być może było to imię demona, którego czcił.

Utopiony Bóg mnie ochroni, powiedział sobie w myślach kapłan. Jest silniejszy niż ich bogowie, silniejszy niż ich czarna magia. Utopiony Bóg mnie wyzwoli. W bardziej świadomych chwilach Aeron zastanawiał się, w jakim celu Wronie Oko zbiera przeróżnych kapłanów, lecz uznał, że nie spodobałaby mu się odpowiedź.

Victarion odpłynął i wraz nim zniknęła nadzieja. Utopieni ludzie Aerona zapewne sądzili, że Mokra Czupryna ukrywa się na Starej Wyk, Wielkiej Wyk albo Pyke, zastanawiając się, kiedy zdecyduje się wyjść z ukrycia, aby podburzać przeciw bezbożnemu królowi. Urrigon nawiedzał go w majaczeniach.

Jesteś martwy, Urri, myślał Aeron. Zaśnij, dziecino, i nie niepokój mnie więcej. Wkrótce do ciebie dołączę. Za każdym razem, gdy Aeron się modlił, pozbawiony nóg czarnoksiężnik wydawał z siebie dziwne odgłosy, a jego towarzysz bełkotał w swoim dziwnym, wschodnim języku, choć kapłan nie potrafił stwierdzić, czy z ich ust wychodzą przekleństwa, czy błagania. Septoni jęczeli cicho od czasu do czasu, ale ich słów również nie mógł zrozumieć. Aeron podejrzewał, że pozbawiono ich języków.

Gdy Euron znów do niego przyszedł, włosy miał zaczesane do góry, a jego usta były tak granatowe, że przechodziły w czerń. Nie nosił na skroniach korony z wyrzuconego na brzeg drewna. Zamiast niej na jego głowie widniała żelazna korona, której zęby zrobione były z kłów rekinów.

– Ten, który jest martwy, nie może umrzeć – powiedział hardo Aeron. – Albowiem posmakował już śmierci i nigdy nie podda się lękowi. Został utopiony, ale powrócił ponownie, wypełniony stalą i ogniem.

– Planujesz dokonać czegoś podobnego, bracie? – zapytał Euron. – Nie wydaje mi się. Myślę, że gdybym cię utopił, to pozostałbyś martwy. Wszyscy bogowie to kłamstwa, ale twój jest farsą. To blada istota przypominająca mężczyznę, z wzdętymi, opuchniętymi kończynami, włosami rozproszonymi w wodzie i obliczem, które podskubują ryby. Jaki głupiec chciałby czcić coś takiego?

– To też twój bóg – nie poddawał się Mokra Czupryna. – A gdy umrzesz, osądzi cię surowo, Wronie Oko. Spędzisz wieczność jako morski ślimak, pełzając na brzuchu i jedząc gówno. Skoro nie boisz się przelać krwi własnego brata, poderżnij mi gardło i miejmy to za sobą. Mam już dość twoich szalonych przechwałek.

– Miałbym zabić swojego własnego braciszka, krew z mojej krwi, spłodzonego z lędźwi Quellona Greyjoya? Kto wtedy dzieliłby moją chwałę? Jej smak jest o wiele słodszy, gdy ma się u boku ukochaną osobę.

– Twoje zwycięstwa nic nie znaczą. Nigdy nie utrzymasz Tarczowych Wysp.

– Dlaczego miałbym chcieć je utrzymać? – Uśmiechnięte oko jego brata zalśniło w świetle lampy; niebieskie, śmiałe i pełne złych zamiarów. – Nie są mi dłużej przydatne. Jedną ręką je zdobyłem, a drugą oddałem. Dobry król powinien być hojny, bracie. Utrzymanie Wysp należy teraz do ich nowych władców, ale to mnie przypadnie wieczna chwała wiążąca się ze zdobyciem tych skał. A gdy zostaną utracone, winnymi klęski będą czterej głupcy, którzy tak ochoczo przyjęli moje dary. – Zbliżył twarz do Aerona. – Nasze drakkary atakują osady w górze Manderu, docierając nawet do Arboru i Cieśnin Redwyne’ów. Dawne zwyczaje odżyły, bracie.

– To szaleństwo. Uwolnij mnie – powiedział Aeron Mokra Czupryna swym najbardziej stanowczym głosem. – Inaczej ryzykujesz posmakowanie gniewu boga.

Euron wyciągnął bukłak i kubek do wina.

– Jesteś spragniony. Spójrz tylko na siebie – powiedział, wlewając napój do kielicha. – Musisz się napić. Spróbuj cienia wieczoru.

– Nie – Aeron odwrócił twarz. – Odmówiłem ci już.

– A ja tej odmowy nie przyjmuję.

Euron chwycił go za włosy i pociągnął w tył, ponownie wmuszając w niego plugawy napój. Aeron zwarł silnie wargi, wykręcając głowę na boki, ale ostatecznie nie miał wyboru – mógł albo przełknąć napój, albo się udławić.

Sny okazały się jeszcze gorsze niż za pierwszym razem. Ujrzał drakkary żelaznych ludzi, dryfujące i płonące na wrzącym, krwistoczerwonym morzu. Ponownie zobaczył swojego brata na Żelaznym Tropie, lecz Euron nie był już człowiekiem. Przypominał bardziej kalmara, potwora spłodzonego przez krakena z morskich głębin; jego twarz zastąpiła zgraja wijących się macek. Obok niego znajdował się cień o kształcie kobiety, długi, wysoki i przerażający. Dłonie jej tętniły bladym, białym płomieniem. Karły obojga płci pląsały wokół w rozbawieniu, oddając się cielesnym uciechom, gryząc się i walcząc między sobą, podczas gdy Euron i jego towarzyszka zanosili się śmiechem.

Aeronowi śniło się też, że tonie. Przebywanie w podwodnych komnatach Utopionego Boga to z pewnością błogi stan, lecz nawet wierny wyznawca czuje przerażenie, gdy woda wypełnia mu usta, nos i płuca, a on sam nie może złapać oddechu.

Mokra Czupryna budził się trzy razy i za każdym nie było to prawdziwe przebudzenie, a tylko kolejny rozdział jego snu.

W końcu nadszedł dzień, w którym drzwi lochu otworzyły się, a na dół zszedł niemowa nie z kolejną porcją jedzenia, lecz pękiem kluczy w jednej i lampą w drugiej ręce. Światło było zbyt jasne, by na nie spojrzeć, a Aeron lękał się tego, co może oznaczać ten obrót spraw. Jasność, przerażenie. Coś się zmieniło. Coś się stało.

– Zabierzcie ich – w posępnym mroku rozległ się na wpół znajomy głos. – I pośpieszcie się. Dobrze wiecie, jak z nim bywa.

Dobrze wiem. Wiedziałem, odkąd byłem chłopcem.

Jeden z septonów wydał z siebie przerażający odgłos, gdy zdejmowano mu kajdany – na wpół zdławiony dźwięk, który mógł być próbą wypowiedzenia jakichś słów. Wiszący, beznogi czarnoksiężnik patrzył się w czarną wodę, a usta poruszały mu się w rytmie bezgłośnej modlitwy. Gdy niemowa podszedł do Aerona, ten próbował stawić opór, ale już dawno opuściły go siły i wystarczyło jedno uderzenie, by go uciszyć. Uwolniono mu jeden z nadgarstków i sam poradził sobie z drugim. Gdy spróbował postawić krok, umęczone nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Żaden z więźniów nie był w stanie chodzić o własnych siłach. Niemowy musiały przyzwać więcej towarzyszy. Dwóch z nich chwyciło Aerona pod pachami i zaciągnęło w górę po spiralnych schodach. Jego stopy obijały się o kolejne stopnie, wysyłając do nóg przeraźliwe fale bólu. Zagryzł wargi, by nie krzyczeć. Kapłan słyszał, jak czarnoksiężnicy bełkoczą, prowadzeni tuż za nim. Z tyłu znajdował się septon, który szlochał i dyszał na zmianę. Za każdym zakrętem schody stawały się coraz lepiej oświetlone, aż w końcu po lewej stronie ukazało się okno. Była to jedynie szczelina w kamieniach, ale wpadał przez nią strumień światła.

Lśni niczym złoto, pomyślał Mokra Czupryna. Coś pięknego.

Gdy wciągnięto go na górę, w stronę tego światła, poczuł na twarzy rozchodzące się ciepło, a jego policzki zalały się łzami.

Morze. Wyczuwam morze. Utopiony Bóg nie opuścił mnie. Morze przywróci mi siły. To, co jest martwe, nie może umrzeć, lecz odradza się, twardsze i silniejsze.

– Zabierzcie mnie nad wodę – rozkazał, jakby nadal znajdował się na Żelaznych Wyspach, otoczony przez swych utopionych, lecz niemowy były sługusami jego brata, więc nie zwracały na niego uwagi.

Ruszyli z nim po kolejnych litych schodach, a następnie przez wypełniony zapalonymi pochodniami korytarz. Weszli do ponurej, kamiennej sali, w której na belkach zawieszono kilkanaście huśtających, obracających się ciał. W komnacie znajdował się tuzin kapitanów Eurona, pijących wino tuż pod trupami. Na honorowym miejscu zasiadł Leworęczny Lucas Codd, a za płaszcz służył mu ciężki, jedwabny gobelin. Obok niego zasiedli Rudy Wioślarz, Kamienna Ręka, Jon Myre, zwany Małą Gębą, i Ruggin Morska Broda.

– Kim są ci ludzie? – zapytał Aeron, wskazując na trupy. Język miał tak zesztywniały, że jego słowa zabrzmiały jak schrypnięty szept, nie głośniej niż pierdnięcie myszy.

– To ludzie, którzy pomagali tutejszemu lordowi bronić zamku oraz jego krewniacy – głos należał do Torwalda Brązowego Zęba, potwora niemal tak samo plugawego jak Wronie Oko.

– Świnie – odezwała się kolejna plugawa kreatura; tym razem ten, którego zwano Rudym Wioślarzem. – To była ich wyspa. Skała położona niedaleko Arboru. Śmieli nam grozić. Redwyne’owie, kwik. Hightowerowie, kwik. I Tyrellowie, kwik. No to wysłaliśmy ich kwilących do piekła.

Arbor. Od kiedy Utopiony Bóg obdarzył go drugim życiem, Aeron Mokra Czupryna nie wypuścił się tak daleko poza Żelazne Wyspy. To nie miejsce dla mnie. Nie powinno mnie tu być. Powinienem być wśród mych utopionych, wygłaszając przemowy przeciwko Wroniemu Oku.

– Czy wasi bogowie byli dla was łaskawi w lochu? – zapytał Leworęczny Lucas Codd.

Jeden z czarnoksiężników warknął coś w odpowiedzi w swoim okropnym, wschodnim języku.

– Przeklinam was wszystkich – dodał Aeron.

– Twoje przekleństwa nie mają tu żadnej mocy – stwierdził Leworęczny Lucas Codd. – Wronie Oko nakarmił twojego Utopionego Boga tak dobrze, że ten aż utył od tych wszystkich ofiar. Słowa to wiatr, ale krew daje władzę. Oddaliśmy morzu całe tysiące, a on odwdzięczył nam się zwycięstwami.

– Poszczęściło ci się, Mokra Czupryno – oznajmił Kamienna Ręka. – Wracamy na morze. Flota Redwyne’ów jest coraz bliżej. Wiatry im nie sprzyjały podczas opływania Dorne, ale w końcu zbliżyli się na tyle, by ośmielić staruchę ze Starego Miasta. Synowie Leytona Hightowera popłynęli do Zatoki Szeptów, licząc, że wezmą nas od tyłu.

– Dobrze wiesz, jak to jest, gdy ktoś cię bierze od tyłu, prawda? – zaśmiał się Rudy Wioślarz.

– Zabierzcie ich na statki – nakazał Torwald Brązowy Ząb.

I w taki sposób Aeron Mokra Czupryna powrócił na słone morze. Tuzin drakkarów zacumował w przystani pod zamkiem, dwa razy więcej rozlokowano wzdłuż wybrzeża. Na ich masztach powiewały znajome barwy – kraken Greyjoyów, krwawy księżyc Wynchów, wojenny róg Goodbrotherów… ale na rufie każdego statków znajdowały się chorągwie, których kapłan nigdy wcześniej nie widział. Czerwono oko z czarną źrenicą pod żelazną koroną, z dwiema wronami o bokach. Za statkami żelaznych ludzi dostrzegł flotę kupiecką, która unosiła się na spokojnym, turkusowym morzu. Kogi, karaki, łodzie rybackie, a pośród nich potężna koga handlowa, wielka niczym lewiatan. Mokra Czupryna wiedział, że to łupy wojenne.

Euron Wronie Oko stał na pokładzie „Ciszy”, odziany w czarną zbroję łuskową – strój, w jakim Aeron nigdy go nie widział. Była czarna jak dym i musiała być ciężka, ale Euron nosił ją, jak gdyby wykonano ją z najcieńszego jedwabiu. Łuski zbroi przeplatane były czerwonym złotem, które migotało, gdy się poruszał. Na metalu dostrzec można było przeróżne wzory: zawijasy, glify i tajemnicze symbole wyżłobione w stali. To valyriańska stal, rozpoznał ją od razu Mokra Czupryna. Ma zbroję z valyriańskiej stali. Nikt w Siedmiu Królestwach nie posiadał czegoś takiego. Widywano takie zbroje czterysta lat temu, jeszcze przed Zagładą, a i wtedy były warte całego królestwa.

Euron nie kłamał. Naprawdę pożeglował do Valyrii. Nic dziwnego, że oszalał.

– Wasza Miłość – odezwał się Torwald Brązowy Ząb. – Zabrałem kapłanów z lochu. Co chcesz z nimi zrobić?

– Przywiążcie ich do dziobów – rozkazał Euron. – Mój brat ma być na „Ciszy”. Też wybierz sobie jednego dla siebie. Reszta niech losuje kolejnych. Po jednym na statek. Niech poczują uderzenia fal, pocałunki Utopionego Boga, mokre i słone.

Tym razem niemowy nie zaciągnęły go pod pokład. Zamiast tego pognano go do dziobu „Ciszy” tuż obok galionu – nagiej dziewicy, silnej, lecz szczupłej, z rozpostartymi ramionami i rozdmuchanymi przez wiatr włosami, której pod nosem brakowało ust. Przywiązali Aerona Mokrą Czuprynę mocno pasami skóry, która miała zacisnąć się jeszcze po zamoczeniu. Przed naturą mogły chronić go jedynie broda i opaska biodrowa.

Wronie Oko wydał rozkaz. Podniesiono czarne żagle. Odwiązano cumy i „Cisza” odbiła od brzegu w rytmie powolnych uderzeń bębna. Wiosła raz za razem podnosiły się i zanurzały w wodzie, wzburzając ją. Za nimi w tle płonął zamek. Jęzory płomieni wysuwały się z okiennic.

Gdy znaleźli się na otwartym morzu, podszedł do niego Euron.

– Bracie – powiedział – wyglądasz na nieco osamotnionego. Mam dla ciebie podarunek.

Wykonał ruch ręką i dwóch jego bękartów przywlekło kobietę, po czym przywiązało ją do dziobu po drugiej stronie galionu. Była naga niczym pozbawiona ust dziewica z figury, a jej gładki brzuch zaczął dopiero puchnąć od dziecka, które w sobie nosiła. Jej zaczerwienione policzki pokrywały łzy. Nie stawiała oporu, gdy chłopcy zacieśniali więzy. Włosy opadły jej na twarz, ale Aeron i tak ją poznał.

– Falio Flowers – krzyknął do niej – miej odwagę, dziewczyno! Wkrótce wszystko się zakończy i razem będziemy ucztować w podwodnych komnatach Utopionego Boga.

Dziewczyna podniosła głowę, ale nic nie odpowiedziała. Mokra Czupryna wiedział, że do tego potrzebowałaby języka, którego już nie miała. Oblizał wargi i poczuł smak soli.


Udostępniamy tekst wyłącznie jako tłumaczenie dla fanów, które zostanie zdjęte ze strony z chwilą ukazania się oficjalnego przekładu. Autorem rozdziału jest George R. R. Martin.

źródło: https://docs.google.com/document/d/1TOzYKnHHFS87I2B1Mx1xaF0zoR5pjdl5bLh9Fzi6Dts/edit?pref=2&pli=1